Wielka Ucieczka 28-30.03.14

Miejsce akcji: Polska okupowana przez III Rzeszę
Czas: II Wojna Światowa

Dla partyzanckiego patrolu „Dromader” był to dzień tak samo nieprzewidywalny, jak każdy inny. Tym razem informator, po raz pierwszy od początku współpracy, zlecił im poważniejsze zadanie. Ich misją było wysadzenie nazistowskiego składu amunicji, znajdującego się nieopodal. Z racji tego, że z pierwszym członkiem mieli spotkać się dopiero za parę godzin, udali się spożyć kolację w gronie innych patroli. Około godziny 20.30, Krzysztof Wojda, który był dowódcą otrzymał poprzez siatkę połączeń, informację, gdzie szukać zaufanego człowieka, który przekaże im mapę z zaznaczonymi obszarami, w których znajdą części do potrzebnej im bomby. Wyruszyli. Choć poruszali się względnie szybkim krokiem, na miejsce dotarli dopiero po dwudziestu minutach, gdyż po drodze (dla zasady) źle skręcili. Tam przyszedł czas na potwierdzenie tożsamości. Po długim wypytywaniu o najprzeróżniejsze rzeczy związane z II Rzeczpospolitą, otrzymali mapę, na której zaznaczone mieli położenie kolejnego szpiega posiadającego trotyl, składzik z elektroniką potrzebną do skonstruowania zapalnika, oraz położenie informatora, który miał ich zaprowadzić do składu amunicji. Zaczęli od zdobywania trotylu. W nadzwyczaj szybkim tempie udali się do miejsca wskazanego na mapie, mając na względzie to, że w tak wieczornych porach Niemcy wysyłają na ulice nieregularne patrole, mające pilnować ustanowionego przez władze okupacyjne porządku. Gdy dotarli do celu, napotkali tam jednego ze swoich ludzi, który postanowił sprawdzić ich czujność i kazał im zapoznać się z arcytrudną zagadką logiczną. Po czterech minutach usłyszał rozwiązanie od Beniamina Marek. Dromaderzy otrzymali paczuszkę trotylu, więc czym prędzej udali się do magazynu zawierającego m. in. zapalniki. Gdy doszli do wskazanego na mapie punktu, jak najciszej przeszukali magazyn, niestety okazało się, że zapalnik sami muszą skonstruować. Zajął się tym dowódca wraz z Michałem Kołodziejem, który nacinał kable. Gdy jego siostra Amelia ostrzegła, by niczego złego sobie nie zrobił, dokładnie w tej samej sekundzie został bestialsko zaatakowany przez swój własny nóż, który przeciął mu palec wskazujący lewej ręki niemalże do kości. Na szczęście został szybko i profesjonalnie opatrzony przez Anetę Drozdek. Gdy krwotok został jako tako zatrzymany, Dromaderzy dokończyli budowę zapalnika i teraz pozostało im tylko odnaleźć głównego informatora. Mapa, cała zachlapana we krwi, była ledwo czytelna, toteż dopiero po dłuższym czasie udało im się wyznaczyć trasę przemarszu. Nim dotarli na miejsce, usłyszeli z daleka jakieś krzyki. Nie zwrócili na to większej uwagi i po kilku minutach spotkali sylwetkę o znajomej twarzy. Ich najbardziej zaufany człowiek, który nigdy nie podał im swego nazwiska, wyglądał dziś na nieco bardziej poważnego niż zazwyczaj. Można mu to było wybaczyć, w końcu to przecież pierwsza poważna misja, którą zlecił patrolowi partyzantów.
– Macie wszystko? – zapytał podejrzliwie.
– Mamy. Jest bomba, ma ładny zapalnik. – odparł dowódca.
– Dobrze. Bardzo dobrze. – stwierdził informator. Odchrząknął znacząco.
– Jakiś problem? – zapytał Michał.
– Nie. Jest was pięciu, tak?
– Tak. – oznajmił Krzysiek.
– Świetnie. – Znów znacząco odchrząknął. Tym razem usłyszeli za sobą bardzo cichy szelest, delikatną sugestię, że czyjś but łamie gałązkę. W momencie, gdy spróbowali się odwrócić, coś wydało charakterystyczny dźwięk odbezpieczanego samopowtarzalnego Mausera.
– HALT! – wykrzyknął ktoś zza ich pleców po niemiecku.
– Jesteszcze aresztowani, nje macie żadnych praw! – Dokończył głos z zupełnie innej strony.
– W kolumje, marsz! – wydał komendę ktoś, kto jako jedyny pokazał się w zasięgu ich wzroku.
– Wpadliśmy jak…- zaczął któryś z Dromaderów.
– Jeńczy nje rozmawiajo ze sobom! – Zgromił ich Niemiec, który natychmiast wycelował w głowę komentatora. – Marsz!
W ciszy poszli dwójkami do miejsca, z którego mieli już nie wrócić- obozu Stalag VIII C.

 

 

 

 

 

Dotarli do bram więzienia. Nie wyglądało ono ani trochę przyjemnie. Po przejściu za metalowe ogrodzenie (zapewne pod napięciem, nikt nie odważył się sprawdzać), zostali wrzuceni do baraku. W środku panował tłok. W pomieszczeniu na oko nie większym niż 40x20m, mieściło się ponad sto osób. W części z nich rozpoznali twarze należące do innych partyzanckich patroli. Zagaił do nich jeden z więźniów, którego słabo pamiętali ze szkoleń, jeszcze przed wojną.
– Nowi? – zapytał.
– No… tak. – odpowiedział Michał.
– Po co pytam, wszyscy tutaj są nowi. Dzisiaj w nocy zrobili łapankę. – stwierdził. – Wam też wykręcili numer z wysadzaniem składu amunicji?
– No, czyli nie jesteśmy jedyni. Bardzo niedobrze. – stwierdził Beniamin.
– Tak. Ale dzięki temu łatwiej nam będzie zaplanować ucieczkę, o dziwo obóz nie jest jakoś pilnie strzeżony. Mamy już nawet plan działania! – Oznajmił ich znajomek.
– Tak? Jaki? – zaciekawiła się Aneta.
– Wykopiemy tunel, którym uciekniemy, a wcześniej nasz kontakt podrzuci nam niemieckie dokumenty i mapy okolicy. –  Wyprostował dumnie pierś.
– I liczycie na jakiekolwiek szanse powodzenia? – zdziwił się Krzysiek.
– No… tak. Ten plan nie ma żadnych dziur. Według naszych szacowań tunel będzie gotów za… parę dni. – Wzruszył ramionami i odszedł.
– Słabo to widzę. – Zauważyła trzeźwo Amelia.
– Innego wyjścia tak jakby nie mamy. Zjedzmy coś. – Zaproponował  dowódca.
Spożyli posiłek składający się z tego, co udało im się zdobyć przed uwięzieniem, czyli głównie chleb z wędliną i jakimiś serami domowej roboty. Następnie poszli spać.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Pobudka wczesnym rankiem, liche śniadanie, roboty zlecane przez Niemców, licha kolacja. Dromader oszczędnie gospodarował tym, co zostało im sprzed nieudanej akcji wysadzania składu amunicji, lecz mimo to zapasy kończyły im się w zastraszającym wręcz tempie. Dodatkowo każdej nocy stosowano tortury psychiczne, by partyzanci wydali swoich kompanów, których nie udało się złapać. Pewnego razu przyszedł do ich baraku komendant obozu.
– Całoś bacznoś! – wykrzyczał komendę. Każdy z przerażeniem podniósł się z podłogi.
– Padnij! – wrzasnął znów. Wszyscy bez wyjątku wykonali komendę.
– Postań! – każdy znów się podniósł w tempie natychmiastowym.
– Padnij! – W pół sekundy każdy znalazł się na podłodze.
– Co się dzieje? – Zapytał Krzyśka zaspanym głosem ktoś, kto nawet nie wyszedł ze śpiwora.
– Powstań!
– Nic takiego. – stwierdził Wojda.
– Padnij!
– Śpij sobie dalej. – dopowiedział.
– Powstań! Dowódcy patroli do mie! – Dwadzieścia jeden osób pomaszerowało za komendantem. Gdy wrócili, Dromaderzy dowiedzieli się, że byli brutalnie przesłuchiwani. Krzysiek zapewnił, że nie szepnął ani słowa. Nie mogli mimo to mieć pewności co do wszystkich, a to z pewnością nie było ostatnie takie przesłuchanie.

W końcu pewnego dnia zaczepił ich jeden z obozowiczów. Odprowadził Krzyśka gdzieś na bok, powiedział mu parę słów, a gdy ten wrócił, streścił rozmowę.
– Tunel jest niemal gotowy. Dziś w nocy pojawi się na terenie obozu nasz człowiek, nie mam pojęcia, jakim cudem. Przekaże nam dokumenty i mapy, a my szybciutko sobie przejdziemy tunelem, a potem niech Bóg ma nas w swej opiece.
– No to panowie… – zaczął Benio, po czym pomyślał chwilę. – I panie… miejmy nadzieję, że cokolwiek nam z tego wyjdzie.
Około godziny drugiej w ich baraku jakby znikąd pojawił się obcy Niemiec. Każdemu, po upewnieniu się, że ten aby na pewno jest Polakiem, wręczył fałszywe dokumenty, a każdemu dowódcy patrolu również mapę z zaznaczoną proponowaną trasą ucieczki. Po cichu, by nie wywołać szumu, część partyzantów zaczęła się podnosić. Nie pakowali się, nie miało to najmniejszego sensu. Dowódca warty został sprawnie ogłuszony, gdy tylko zajrzał przez drzwi, by skontrolować swojego nowego podopiecznego. Wtedy już wszyscy bez żadnych zahamowań ruszyli czym prędzej w stronę tunelu. W środku było bardzo ciasno, choć dzięki skromnym racjom żywnościowym, jakie otrzymywali jeńcy, nie było nikogo kto by nie wszedł bądź- nie daj Bóg- się zaklinował. Gdy tylko połowa z nich wyszła po drugiej stronie, niedaleko granicy z lasem, w ich stronę skierował się reflektor. Zawyły syreny, padało po niemiecku wiele komend. Można było przewidzieć taki rozwój akcji, mimo to wszyscy mocno się zestresowali. Rozległy się strzały. Gdy tylko cały patrol Dromaderów wyczołgał się na powierzchnię, rozpoczęła się Wielka Ucieczka…

 

 

 

 

 

Przedzierali się przez las tak szybko, jak tylko było to możliwe*. Za sobą wciąż słyszeli strzały, czasem też w ucho wpadł krzyk postrzelonego bądź schwytanego więźnia, mimo to wszyscy byli zbyt przerażeni, by przywiązać do tego jakąkolwiek uwagę, ucieczka była jedynym, co się liczyło. Choć biegli najszybciej, jak mogli, to wiedzieli, że nieprzyjaciel jest bardziej mobilny i dokądkolwiek trafią, nie będą tam bezpieczni. W końcu po wielu godzinach biegu zdecydowali, że się rozdzielą. Na mapie, którą otrzymali od swojego informatora, w tej chwili zapewne wyraźnie niezaprzeczalnie martwego, zaznaczony był mały skład broni. Dało się do niego dostać poprzez jezioro, które się przed nim roztaczało. Dromaderzy mieli ustalić, gdzie się spotkają, ale w tym momencie usłyszeli za sobą ujadanie psów gończych. Podzielili się zatem na dwie grupy: Beniamin z Michałem przepłynęli na drugą stronę rzeki, natomiast Krzysiek z Amelią i Anetą pobiegli przed siebie. Wydawało się, że ucieczka w ten sposób trwała wiele godzin, choć już po połowie godziny znów się odnaleźli. Stali niestety po przeciwnych stronach rzeki, która w tym miejscu była zbyt szeroka, by przy niemalże ujemnej temperaturze próbować ją przepłynąć. Michał dysponował w tym momencie szkicem terenu, zauważył więc, że niedaleko stąd jest most, a stamtąd bardzo łatwo dotrzeć nad jezioro. Pojawił się tylko problem z przekazaniem tej informacji pozostałym, starali się w końcu nie wydawać żadnego odgłosu, gdyż Hitlerowcy  wciąż byli na ich tropie, a w powietrzu unosiły się echa wydawanych po niemiecku komend.
– Co robimy? – zapytał Beniamin, dając znak Krzyśkowi, by mimo wszystko jeszcze nie odchodzili.
– Daj mi bluzę. – poprosił Kołodziej.
– Zimno będzie. – zaprotestował jego kompan.
– Daj mi dwa patyki i urwij dwa kawałki szmaty ze spodni w takim razie. – zmienił zdanie.
– To jestem bardziej skłonny zrobić. Co planujesz?
– Nadamy im wiadomość kodem Morse’a.
Jak powiedzieli, tak zrobili. Zmontowali na szybko dwie prowizoryczne flagi i nadali wiadomość, by druga grupa czekała na nich przy jeziorze. Po parunastu minutach biegu, spotkali się wszyscy w miejscu, gdzie ktoś całkiem niedawno wyrzucił różne odpady gospodarcze. Dookoła walały się beczki, papiery, a nawet deski.
– Syf. – stwierdziła Aneta.
– Ano. – potwierdził smutno Wojda.
– Po drugiej stronie jeziora jest słabo pilnowany skład broni. Powinniśmy się tam dostać.
– Tak chciałabym tylko zauważyć, że mamy przed sobą… no… jezioro. – zauważyła Amelka.
– Przy tej temperaturze wyziębimy organizmy nim dopłyniemy do połowy. – dodał jej brat.
– No w sumie może to stanowić pewien problem. – zgodził się Benio.
Myśleli długo. O wiele za długo. Gdyby nie fakt, że uciekło ponad stu więźniów i Niemcy mieli przez to więcej roboty na głowach, Dromaderzy zostali by już dawno złapani.
– Zbudujmy tratwę. – podsunął pomysł dowódca. Wszyscy zaaprobowali jego pomysł, między innymi dlatego, że nikt nie miał lepszego. Krzysiek pochwycił szybko beczki, Benio złapał za deski, a dziewczyny zaczęły wyplatać sznurówki z każdych butów, by powiązać nimi ułożoną na szybko konstrukcję z czterech beczek na spodzie i dwóch desek na szczycie. Przepływali na drugą stronę parami, ostatni był Michał, podczas kursu którego tratwa niemalże całkowicie się rozpadła, przez co Kołodziej był do pasa mokry. Na szczęście pomyślał i zdjął wcześniej buty, przez co nie wyglądał najgorzej przy wyjściu po drugiej stronie jeziora. Aneta poszła się po cichu rozejrzeć, gdy wróciła miała uśmiech na twarzy.
– Mamy na drodze trzech strażników**, jeden pilnuje składu amunicji, drugi strzeże składu broni, a trzeci kręci się między nimi dwoma. – opowiedziała.
Krzysiek zadumał się na chwilę i stwierdził:
– Najpierw musimy zająć się tym, który pilnuje składu broni, to nie powinno być trudne, ale musimy to zrobić jak najbardziej po cichu. Potem wyeliminujemy tego od składu amunicji, na końcu patrolującego. Do dzieła.
Jak rozkazał, tak zrobili. Wyeliminowanie pierwszego strażnika odbyło się w sposób znany wszystkim z najstarszych bajek. Michał oderwał sobie klamrę od pasa, poczekał, aż patrolujący strażnik przestanie patrzeć i rzucił nią w pobliskie krzaki, by wywołać hałas. Gdy żołnierz podszedł zobaczyć, co się święci, ogłuszyli go dużym kamieniem. Przeszukali skład broni, znaleźli tam siedem karabinów Gew41, które szybko zarzucili sobie na plecy. Podzielili się amunicją z magazynka wartownika, którego ogłuszyli, na każdego wypadło około dwudziestu naboi. Nim odbezpieczyli broń, usłyszeli, że ktoś przebiega szybko przed obok drzwi magazynu.
– Was ist los? – usłyszeli głos z daleka.
– Das weiß ich nicht! – odkrzyknął ktoś zaraz przed drzwiami. – Hans ist bewusstlos!
– Wyjdźmy tylnymi drzwiami, panowie. – zaproponował Benio i nie czekając na aprobatę, wybiegł z pomieszczenia. Pozostali ruszyli za nim, bo nie mieli innego wyjścia. Wybiegli prawie na sam środek placu.
– Ruf um Hilfe an! – rozbrzmiała ostra komenda tuż przy nich. Zaraz potem dowodzący Niemiec zauważył ich, wymierzył i zaczął strzelać. Szybko schowali się za osłoną, a on w tym czasie odbiegł trochę dalej. Dromaderzy rozpoczęli natarcie, mieli w końcu przewagę liczebną, którą musieli wykorzystać. Powoli posuwali się do przodu, płynnie zmieniając osłony. Niemiec, który pilnował amunicji również otworzył ogień, choć stał dalej.

Krzysztof Wojda był młodym człowiekiem. Objął dowództwo nad patrolem głównie dlatego, że spośród całej piątki był najbardziej doświadczony. Przed wojną prowadził drużynę harcerską, więc wiedział, jak utrzymać ludzi w ryzach i umiał szybko podejmować decyzje. Gdy pocisk przeleciał nad jego głową, wiedział, że to właśnie on jest na celowniku. Widział kątem oka, jak Michał wystrzeliwuje prawie cały magazynek, żeby tylko zmienić osłonę. Wykorzystał ten moment i wybiegł zza sporego kamienia, by dobiec za ścianę położonego niedaleko budynku. W tym momencie nazista wziął go na muszkę. Spojrzeli na siebie z daleka. Wystrzelił. Kula przestrzeliła Krzyśkowi ucho w momencie, kiedy dobiegł do budynku. Szybko się za niego schował. Cały oddział systematycznie posuwał się do przodu, a Niemcy bez przerwy go ostrzeliwali. W końcu coś się komuś stanie- pomyślał Krzysiek. Spróbował oflankować pierwszego Hitlerowca. Okrążył budynek. Był już naprawdę blisko, ale nie mógł z tego miejsca dobrze wycelować. Zaczął posuwać się do przodu. Strzelił raz. Potem drugi i trzeci, zwyczajnie dla pewności. Nie odniosło to żadnego widocznego skutku. Podczołgał się jeszcze trochę- ze wszystkich Dromaderów był zdecydowanie najbliżej wroga. Wycelował prosto w jego głowę. W tym momencie jego przeciwnik odwrócił się. Wojda strzelił. Pocisk ominął głowę Niemca o parę centymetrów. Nazista spojrzał Krzyśkowi w oczy i odpowiedział ogniem. Pocisk wystrzelony z prędkością blisko ośmiuset metrów na sekundę wyleciał w stronę dowódcy Dromadera. W ułamku sekundy dotarł do niego, przebijając czaszkę na wylot.

-Nie! – wykrzyknęła rozpaczliwie Amelia.
Nie pobiegła do ciała tylko dlatego, że wiedziała, czym to grozi. Michał wystrzelił ostatni pocisk w stronę nazisty. Tym razem trafił, usłyszeli charakterystyczny dźwięk krwi wystrzeliwującej z aorty. Podbiegł do ciała Krzyśka. Zabrał jego magazynek i podbiegł bliżej drugiego Niemca, który wciąż strzelał, a amunicji miał pod dostatkiem. Wszyscy przebiegli bliżej niego.

Beniamin Marek trafił do Dromadera poniekąd przez przypadek. Po kapitulacji Rzeczpospolitej chciał po prostu zostać partyzantem, a tak się szczęśliwie złożyło, że jego były drużynowy zakłada oddział. Teraz Krzysiek leżał nieżywy w trawie, a Benio stał niedaleko zwłok jego zabójcy, celując w następnego. Zauważył, że Michał znalazł się jeszcze bliżej przeciwnika. Postanowił go oflankować, sprawdzając uprzednio magazynek. Dwa pociski- pomyślał- muszę mieć cholernie dużo szczęścia, ale zaryzykuję. To, co zrobił było bardzo głupie. Pobiegł prosto przed siebie, nie zwracając na nic uwagi. Wskoczył w krzaki rosnące nieopodal tak, że celował prosto w plecy wroga. Był bardzo zdziwiony, że pozostał niezauważony. Znajdował się może dziesięć metrów od Niemca. Wycelował mu w potylicę. Pierwsza kula przeleciała mu tuż nad głową i wbiła się w drzewo, za którym się chował. On wciąż nie reagował, a Beniamin nie był w stanie uwierzyć w swoje szczęście. Zauważył podkradającego się z drugiej strony Michała, widział również, że nazista obrał go sobie za cel. Harcerz wycelował nieco niżej i nacisnął spust. Ziemia zafarbowała się na czerwono.

Szybko wbiegli do budynku i uzupełnili amunicję do karabinów oraz wzięli ze sobą kilka granatów. W tym momencie usłyszeli warkot silnika, a to nie wróżyło absolutnie nic dobrego. Jak najszybciej wybiegli z budynku. Wyjście było tylko jedno i właśnie zostało ono obstawione przez przez hitlerowską grupę wsparcia. Obok przepływał strumień, schowany bezpiecznie w cieniu. Michał dał wszystkim znak, by pobiegli tamtędy. Tak też zrobili. Wskoczyli do lodowatej wody. Zaczęli się przesuwać wraz z nurtem w stronę, gdzie (jak sądzili) jest względnie bezpiecznie.
– W sumie jeśli uda nam się ich obejść, to z takim uzbrojeniem wytłuczemy ich jak kaczki. – zauważył Benio.
– Dlaczego by nie. – zgodziła się Aneta.
– Jesteśmy za. – powiedzieli Kołodzieje.
Pobiegli więc dalej za wodą, która w niektórych miejscach sięgała aż do pasa. Słyszeli, jak Hitlerowcy wszystko dokładnie przeszukują. Wyszli ze strumienia daleko za ich polem widzenia i zaczęli czołgać się w chaszczach. Przyspieszyli gwałtownie widząc, że jeden z nazistów stara się wyjąć krótkofalówkę. W kilka sekund byli już na skraju lasu.
– Na mój sygnał… – powiedział Michał. Odbezpieczył i przeładował karabin, a Amelia, Aneta i Beniamin wyjęli zawleczki z granatów.
– Gotowi? – Kołodziej wycelował, pozostała trójka przeszła do pozycji klęczącej i przygotowała ręce do zamachu. Wróg wyjął krótkofalówkę z torby.
– Teraz. – Wydał komendę i strzelił prosto w plecy pierwszego Niemca, który trzymał już krótkofalówkę przy ustach, gotów rozkazać złożyć meldunek. Pozostała trójka zwolniła dźwignie zapalników i rzuciła granaty w trzy różne kluczowe miejsca. Po kilku sekundach nastąpił wybuch, w tym czasie Michał zastrzelił jeszcze jednego nazistę. Następnie wszyscy wyjęli karabiny, powstali i dobili resztę. Następnie Benio wziął krótkofalówkę i zameldował po niemiecku, że alarm był fałszywy.
– To było złe. – zauważyła Amelia.
– Owszem, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. – stwierdził jej brat.
Następnie poszli w miejsce, gdzie na mapie był zaznaczony opuszczony budynek administracyjny. Według ich informatora tam właśnie znajdować miały się pełne mapy III Rzeszy, co niezmiernie uprościłoby całą ucieczkę. Podróż zajęła kilka długich godzin. Byli diabelnie zmęczeni, ale nie mogli sobie pozwolić na choćby chwilę odpoczynku, w końcu byli zbiegami na terenie obcego państwa, w dodatku poszukiwanymi przez ich służby mundurowe. Podczas marszu rozmawiali o dowódcy. Każdemu było go szkoda. Mniej więcej pod koniec drogi, gdy z daleka widzieli już swój cel, pojawił się za nimi człowiek biegnący jak opętany. Szybko wyprzedził patrol i wbiegł na pole, które prowadziło w stronę biurowca. Kiedy był już całkiem daleko przed Dromaderami (którzy zaczęli się zastanawiać, co się dzieje), wybuchł. Tego się nie spodziewał nikt.
– Pole minowe czy ki czort? – zapytał Benio.
– No na to by wyglądało. – zgodził się Michał.
– Wykopiemy je może? – zasugerowała Aneta.
– Bardzo, ale to naprawdę bardzo zły pomysł. Ale skoro ten człowiek tak się spieszył, to sądzę, że jest tam coś bardzo interesującego.
Przyspieszyli kroku i przeszli przez pole minowe, ostrożnie stawiając kroki. Nikomu nic się na szczęście nie stało, ale gdy dotarli pod biurowiec, okazał się on być zamknięty na głucho. Obok stał drugi, nieco wyższy wieżowiec. Drzwi do niego były otwarte, a w środku walało sę pełno śmieci.
– Lina z hakiem. – oznajmiła po pewnym czasie Amelia. – Myślicie o tym samym, co ja?
– Sądzę, że tak. – wyszczerzył się Michał, zabrał siostrze sznur i wbiegł szybko na górę. Cała reszta podążyła za nim. Gdy byli na miejscu, starszy Kołodziej przywiązał linę do haka, wychylił się przez okno i zarzucił ją na sąsiedni budynek. Drugi koniec zamocował przy parapecie. Wspiął się i zaczął przechodzić na drugą stronę. Wszyscy ruszyli za nim.

Niech to diabli, trza było regularnie ćwiczyć, jak kazali – pomyślał Benio, gdy był w połowie drogi. Palce odmawiały mu już posłuszeństwa, ale jakoś udało mu się przejść na drugą stronę. Gdy już wszyscy Dromaderzy byli w środku, rozdzielili się. Beniamin poszedł sprawdzić dolne piętra. Szukał wszędzie mapy Rzeszy, ale jego uwagę przykuł mały obiekt. Był przyczepiony do ściany, mrugał czerwonym światłem, delikatnie piszczał. Przyczepione były do niego laski jednoznacznie wskazujące na obecność trinitrotoluenu. Marek nie potrzebował większej zachęty. Krzycząc, zaalarmował wszystkich o niebezpieczeństwie. Gdy po dwóch minutach dobiegł do okna, wszyscy byli już w połowie drogi na sąsiedni budynek. Michał trzymał zwinięty jakiś kawałek papieru pod pachą. Beniamin wszedł na linę, która się delikatnie obsunęła. Niedobrze- pomyślał znów- teraz pod górę. Podciągnął się i zaczął pełznąć w stronę reszty patrolu. Zestresował się do granic wytrzymałości. Wiedział, że miał bardzo niewiele czasu, a drogi wręcz nieproporcjonalnie dużo. Spróbował podpełznąć jeszcze kawałek. W tym momencie usłyszał za sobą serię wybuchów. W krytycznej sytuacji puścił linę, a kawałek nad nim, w miejscu, gdzie przed chwilą wisiał, przefrunęła rozpędzona cegła. Spadał i nie mógł nic na to poradzić. Zdążył pomyśleć o reszcie Dromaderów. Znaleźli mapę, więc powinno im się udać- pomyślał. Następnie zaś spotkał się z ziemią.

Aneta zaklęła. Kołodzieje popatrzyli smutno, jak sterta gruzu zasypuje ciało ich kompana.
– Chodźmy. Mamy mapę, a jemu i tak już nic nie pomoże. – skwitował smutno Michał.
Gdy zeszli z budynku, zostali zatrzymani przez funkcjonariusza wewnętrznej policji III Rzeszy, który prawdopodobnie kontrolował wybuch. Musiał ich widzieć przez cały czas.
– Was haben sie dort gemacht?! – wyrzucił z siebie cały czerwony i zirytowany. W ręce trzymał mały, poręczny, samopowtarzalny pistolet.
– Eeee… – powiedziała Aneta.
– Was?! Papieren! – zaryczał Niemiec, odbezpieczając pistolet i wycelowując w głowę Michała.

Nigdy nie umiał niemieckiego jakoś szczególnie dobrze, ale to akurat zrozumiał. Wyciągnął dokument z godłem III Rzeszy i przekazał go policjantowi. Zdążył przestudiować go do tej pory tylko raz.
– Name?! – jego rozmówca potrząsnął bronią.
– Ich heiße Paul Koch.
– Wo wohnen Sie? – Zapytał nieco łagodniej.
I tutaj Kołodziej znalazł się w kropce. Pamiętał tylko, że to było dość spore niemieckie miasto, a zapomniał natomiast, co dokładnie. Chyba coś na D…
– Wo wohnen Sie?! – Przesłuchujący zaczął się irytować.
– Donnerstag! – Wypalił z pierwszym słowem, które przyszło mu na myśl. Wyraz twarzy jego rozmówcy wyraźnie wskazywał na to, że zaliczył największą w ciągu całego swojego życia gafę.
– Dresden. -poprawił go spokojnie Niemiec. Pociągnął za spust i wtedy świadomość zgasła.

Amelia zaciągnęła się do partyzantki razem z Michałem. Nie widziała innej opcji, w końcu co w rodzinie, to nie ginie. A teraz właśnie na jej oczach głowa jej brata eksplodowała. Rzuciła się z pięściami na nazistę. Ten był tak zdziwiony, że zareagował dopiero po drugim uderzeniu. W tym samym czasie pomogła jej Aneta- wykręcając przeciwnikowi nadgarstek odebrała mu broń. Odskoczyła szybko do tyłu i nie mierząc pozbawiła go życia.

– Mamy szczegółową mapę Rzeszy. – stwierdziła smętnie Aneta, kiedy pogrzebali już starszego Kołodzieja.
– Co nam to daje? – zapytała Amelia.
– Tak naprawdę sporo możliwości. – odparła Drozdek.
W tym momencie usłyszeli czyjś krzyk. Podbiegli tam po cichu.
– Hilfe! Wir hatten ein Unfall! – zakrwawiona kobieta wyszła z uszkodzonego samochodu, który wjechał prosto w drzewo.
Dziewczyny spojrzały po sobie porozumiewawczo. W parę sekund znalazły się przy ofiarach. Amelia zajęła się kobietą, Aneta natomiast zajrzała do środka samochodu. Znajdował się tam mężczyzna, nieprzytomny, wysoce prawdopodobne, że miał uszkodzony kręgosłup.
– Co się stało? – bez namysłu ze stresu po polsku zapytała Amelia.
– Polski? – zdziwiła się kobieta.
– Tak. – odparła poważnie młoda Kołodziej.
– Jak dobrze jest spotkać rodaków! Mi nie stało się nic poważnego, tylko strasznie mnie boli głowa i mi duszno, ale mój mąż!
– Proszę pobiec po pomoc, my nie znamy niemieckiego, ale przypilnuję go. Amelia, idź z nią, na wypadek, gdyby coś jej się stało.- wychyliła się Aneta.
Gdy tylko dziewczyny odbiegły, Drozdek weszła na tylne siedzenie pasażera i unieruchomiła głowę poszkodowanego. Pozostało tylko czekać. Mówiła w tym czasie do mężczyzny, nigdy nie wolno tracić nadziei na odzyskanie świadomości. Pomoc dotarła po piętnastu minutach. Dromaderki się nie odzywały, tylko tamta kobieta opowiadała lekarzom, co się stało. Wyciągnęli poszkodowanego na noszach i zapakowali do ambulansu. Jego żonę wzięli ze sobą i odjechali czym prędzej w stronę szpitala. Aneta usiadła za kierownicą. Amelia wsiadła od strony pasażera. Samochód udało się uruchomić. Choć trochę pokiereszowany, dało się nim również jechać.
– Dokąd teraz? – zapytała Kołodziej.
– Nad morze. Stamtąd do Wielkiej Brytanii. – odpowiedziała Aneta.
– A co jeśli nam się nie uda?
– Uda nam się.
Pojechały w stronę wschodzącego słońca.

 

 

 

 

______________________________________________________________
*Na potrzeby fabuły kolejność wykonywanych przez patrol zadań została delikatnie zmieniona.
**Autor tekstu nie odpowiada za kompletny brak realizmu opowieści. Nie i koniec.

Dodaj komentarz